niedziela, 29 sierpnia 2010

10. Co zobaczyliśmy?

Kilka subiektywnych wrażeń, dokładne opisy zawsze można znaleźć w przewodnikach.


Tbilisi

Jedno z najbardziej przyjaznych miast, jakie zdarzyło mi się odwiedzić. Dwa lata po wojnie już prawie o niej nie pamięta. Widać jeszcze rany na niektórych budynkach:



Ale w mieście życie toczy się swoim rytmem. Gruzja przypomina Polskę z wczesnych lat dziewięćdziesiątych - mały gruziński biznes skupia punkty jednego rodzaju obok siebie - pięć sklepików z częściami do aut, a dwie przecznice dalej skupisko sklepików sportowych. Sklep z kasetami i płytami rozbrzmiewa muzyką, a stoisko z arbuzami jest naszym drogowskazem do hostelu. Miasto za dnia ujawnia swój miejski bałagan - słynne gruzińskie systemy rur i przyłączy w przedziwny sposób oplatające domy. Normalna scenka codzienna - pan trzyma przewód (linę?), samochody i piesi przemieszczają się pod nią.



Wciąż zdarzają się przerwy w dostawie prądu, a płynący ulicą wartki potok oznacza chwilowy brak wody w hostelu. W gruzińskim systemie rur wystającym z podłogi odnajduję po dwóch dniach swój zegarek,  który kolorystycznie dopasował się doń niczym kameleon.
Sporo na ulicach żebrzących ludzi, po wojnie niewielkiemu jak na stolicę Tbilisi (1,1 mln mieszkańców) przybyło ponad 150 tys. uchodźców...

Tbilisi nocą zachwyca - dobrze zorganizowana przestrzeń miejska (żeby w Łodzi było tyle miejsc, gdzie spokojnie można przysiąść na ławce), efektownie podświetlone rzeźby i budynki, niknie bałagan, nikną rany po wojnie. Kawiarenki tętnią życiem, serwują dobrą muzykę i dobre jedzenie, efektowne gruzińskie dziewczyny spotykają się na kawie i plotkach. 





Zwiedzamy bez specjalnego planu i pośpiechu. Sympatyczny duchowny zaprasza nas w podziemia cerkwi - pokazuje płynącą rzekę, zaprasza do klasztoru w południowo-wschodniej części kraju. Ogród Botaniczny zaskakuje nas górskim szlakiem do wodospadu - kiedy ześlizgujemy się doń z trudem łapiąc równowagę, okazuje się, że dołem biegnie wygodny chodnik, z którego korzystają gruzińskie matki na obcasach i ich żądne kąpieli pod wodospadem dzieci. Obiecujemy sobie odwiedzić łaźnie, na dzień przed wylotem, co nam się ostatecznie nie udaje z powodu braku biletów na nocny pociąg.





Następnego dnia szukamy długo wychwalanego na całą stronę we francuskim przewodniku Muzeum Jedwabiu. Po przygodach w metrze, odnalezieniu niemieckiego konsulatu i obejściu stadionu, rezygnujemy z dalszych poszukiwań (skoro nawet kioskarz na rogu nie wie, gdzie jest to muzeum, to ono prawdopodobnie nie istnieje). Budynek Silk Museum znajdujemy przypadkowo wracając do metra. Nikt tu chyba nie był od dłuższego czasu - obsługa (łącznie z ochroniarzami jakieś pięć osób, kapitalizm jeszcze tu nie dotarł), jest nami wyraźnie zafascynowana i chyba trochę przestraszona zagranicznym turystą. Pomimo zmęczenia okazujemy więc dużo entuzjazmu, zwłaszcza, że ekspozycja, mimo że niedoświetlona i zakurzona, całkiem ciekawa - larwy, kokony, proces technologiczny, szafa pełna okazów motyli. Tkaniny w kwietne wzory pewnie świetnie sprzedawałyby się w galeriach handlowych,  ale niestety przemysł upadł. Dostajemy ulotki po angielsku (nasz przewodnik mówi bardzo słabo, ale przejęty obecnością Francuza, zapomina, że może po rosyjsku) i przy wyjściu odmawia pobrania opłaty za bilety, także wciąż nie wiem, czy w tym muzeum istnieją w ogóle bilety.




Mccheta

Cóż punkt obowiązkowy w każdym przewodniku, ale nas bardziej niż monastyry urzeka górski krajobraz wokół. Następnym razem wybierzemy raczej podróż do Kazbegi i Gruzińską Drogę Wojenną...




 



Lagodechi


Chwilkę odpoczywamy po podróży, po czym udajemy się do Parku Narodowego - pani w informacji daje nam plan szlaku (wybieramy 6 godzinny spacer do wodospadu) i zapewnia o swobodnym dostępie do wody pitnej. Za chwilę to, co wyobrażamy sobie jako źródełka przy szlaku, okazuje się górską rzeką, oznaczenia na szlaku raczej sporadyczne - gubimy drogę jakieś siedemnaście razy, a kiedy ją wreszcie odnajdujemy, okazuje się zbyt zarośnięta, aby bez sprzętu do karczowania kolczastych krzaków przejść dalej. Trudno,  szczęściem las rekompensuje te przeszkody. Odpoczywamy, chłodzimy stopy w rzece, słuchamy szumu drzew i wody.




Przez te kilka godzin na szlaku nie spotykamy nikogo, Gruzini piknikują nad rzeką już bliżej miasta, najwyraźniej chodzenie po górach ich nie interesuje.
 


Monastyr św. Niny - Bodbe - miejsce tłumnie odwiedzane przez Gruzinów (odpowiednik naszej Jasnej Góry, no może nie aż tak tłumnie) - odbieram reprymendę za robienie zdjęć i stanie na stopniu, na którym nie wolno stać kobietom... Św. Nina była niewolnicą z Kapadocji - za sprawą jej zdolności uzdrowicielskich Gruzja już w 327r. przyjęła chrześcijaństwo - jakie ma to znaczenie uzmysławia fakt, że w polskich szkołach nauka historii rozpoczyna się zazwyczaj od roku 966. W okresie rodzenia się naszej państwowości Gruzja przeżywała swój rozkwit, będąc potęgą polityczną na Bliskim Wschodzie. Wcześniej ziemie gruzińskie jako Kolchida i Iberia miały wielu osadników ze starożytnej Grecji, znajduje to swoje odbicie w mitologii - to do bogatej Kolchidy udaje się Jazon po złote runo, to do gór Kaukazu (rozumianych jako kraniec ówczesnego świata) został przykuty Prometeusz. Historia Gruzji to niestety również historia rozlicznych najazdów i ulegania mocniejszym sąsiadom, zresztą sytuacja nie uległa zmianie do dziś... Zachowane zabytki gruzińskie datowane są od wczesnego średniowiecza, które wbrew obiegowej opinii nie było okresem stagnacji w kulturze i architekturze, więc z pewnością warto zobaczyć choć niektóre z nich.
 

Muzeum Niko Pirosmaniego - sam budynek wygląda jak bunkier, zwłaszcza w kontekście ogrodu obok, domku malarza i zwyczajowo pasących się krów.



Sympatyczna rzeźba przedstawiająca malarza przed jego domkiem




W środku muzeum jak to zwykle w Gruzji zbyt dużo obsługi, rezygnujemy z przewodnika, mamy przecież Tamaziego, który opowiada nam o malarzu, jego życiu i romantycznych zapędach w stosunku do pewnej francuskiej aktorki utrwalonych w znanej piosence o milionie białych róż. Ekspozycja w muzeum to obrazy o szczególnym kolorycie i stylu, więcej o gruzińskim prymitywiście znajdziecie tutaj: http://www.pirosmani.org/pirosmani.


Signagi - miasto jak wycięte z Europy - malowniczo położone na szczycie góry, całe zdaje się być odnowione, przyjazne turyście, czyste i wyłożone brukową kostką. Tamazi wspomina jednak o kosztach tej atrakcji turystycznej - wysiedleniu mieszkańców oraz o kłopotach z wodą w okresie suszy.




Zwiedzamy tutejsze Muzeum Archeologiczne - ekspozycja przedmiotów datowanych na stulecia przed naszą erą. Znana statuetka złotego lwa (http://grandtravel.ge/images/golden_lion3.jpg). Oprócz tego wystawa obrazów Pirosmaniego - z bardziej mrocznego okresu jego życia sądząc po kolorach oraz coś, co poleciłabym spokojnie osobom zajmującym się fotografią - wystawa malarstwa flamandzkiego - można by się uczyć operowania światłem i kompozycją tylko patrząc...



 




 
Winnice w Kachetii - zwiedzamy 3 - pierwsza to nieczynna winnica, ale właściciel wpuszcza nas do środka, pokazuje urządzenia, znowu biegam po spróchniałych deskach i włażę na chwiejące się schody. W stróżówce starsza pani ma coś, co odpowiada  świętym obrazkom wieszanym obowiązkowo na polskiej wsi - portret Stalina. Dżugaszwili wciąż przez wielu Gruzinów traktowany jest jak bohater narodowy, mimo, że zamęt etniczny, wysiedlenia i konflikty są w dużej mierze efektem jego polityki. To trochę tak, jakby Austriacy czcili Hitlera, ale z Gruzinami lepiej na ten temat nie rozmawiać... Dostajemy na pamiątkę gliniane butelki do wina. Fotografuję wojskową ciężarówkę w cywilnym zastosowaniu (Ural-4320 - ze specjalnym podziękowaniem dla konsultanta), mnóstwo takich w całej Gruzji, prawdę mówiąc strasznie mi się podobają, i tylko brak śmiałości i czasu sprawiły, że nie poprosiłam o przejażdżkę…



Kolejna to winnica ciekawie umiejscowiona w wykutych w górach korytarzach, niestety tego dnia, kiedy tam jesteśmy nieczynna, robię zdjęcia przez kraty:




Ostatnia winnica - Kvaleri - z włoskim kapitałem. Nowoczesny zakład produkcyjny (znawca tematu Y. mówi, że bardziej niż te, które odwiedzał we Francji) w malowniczym otoczeniu. Nasz przewodnik przypomina nieco południowoamerykańskiego narkotykowego mafiozo, chwali się pobytem w Iraku i lekką znajomością hiszpańskiego, a po degustacji usiłuje nas namówić na przejażdżkę konną, ale  trochę nam w głowach szumi i nie decydujemy się.  Zakupujemy za to kilka butelek wina i czaczy, które obciążą nam plecaki już do końca podróży, ale bezpiecznie przejdą strefy celne.







Osetyjska wioska w Kachetii - po konflikcie w połowie opuszczona. Gruzińskie safari - tylu zwierząt domowych zgromadzonych na niewielkim obszarze nie widziałam nigdy - świnie, krowy, konie, owce, kozy, wylegujące się w wodzie bawoły, gęsi, indyki i oczywiście psy pasterskie. Do tego te widoki, seria fotek z tego punktu podróży to ostatnio moje ulubione tapety na pulpit.













Gremi - zwiedzamy kościół wewnątrz twierdzy na skalistym wzgórzu i wspinamy się na wieżę. Kolejny raz mocno zastanawiam się, czemu zawsze daję się skusić widokom, a potem trzęsącymi rękami robię zdjęcia, zastanawiając się, jak pokonałam ten odcinek złożony z wystającego wąskiego murku bez żadnych zabezpieczeń i jak pokonam go za chwilę w drodze powrotnej. Przewodnik za to pomyka jak kozica i oferuje pomoc przy trudniejszych odcinkach. Najlepsze zdjęcia zrobiłam jednak tylko oczami...


Alawerdi - jedna w najwyższych katedr w Gruzji. Po raz pierwszy widzę, aby ikona oprócz wizerunków apostołów zawierała również wizerunek stwórcy...


Ikalto - bardziej niż kolejny kościół (zwłaszcza, że w środku i na zewnątrz gruziński remont, czyli bieganie po rusztowaniach i totalny bałagan), ciekawi nas specyficzna wystawa obok - zdjęcia ludzi, głównie dzieci, którzy zginęli. Tamazi mówi, że to miejscowi i nie potrafi powiedzieć, czy to ofiary wojny, ale sądząc po ilości chyba właśnie tak było...


 

Telawi - miasto raczej nieciekawe, duży ruch (właściwie duży kompletny bezład drogowy). Fotografuję sklep, gdzie sprzedają m.in. elementy gruzińskich systemów rur.



Na bazarze w Telawi kupujemy przyprawy, w tym szafran z częściami płatków i czurczhele.



Dawid Garedża

Umiejscowiony przy granicy z Azerbejdżanem kompleks klasztorów, kaplic i skalnych komnat to dla zwiedzających Gruzję punkt obowiązkowy. Nasza wycieczka chyba zbyt krótka - zahaczamy o Dawid Garedża jadąc rano z Waszą z Lagodechi do Tbilisi. Brakuje czasu i jak dla mnie niestety kijków trekkingowych, po kwadransie już utykam... Większe wrażenie robi na nas droga do klasztorów, kilkanaście kilometrów w pólpustynnym krajobrazie. Upał, widoki jak z księżyca, wzniesienia porosłe spłowiałą trawą robią tak miękkie wrażenie, że ma się je ochotę pogłaskać. Wokół nic, mijamy tylko jedną wioskę Swanów, która robi podobnie wymarłe wrażenie. Wasza opowiada, że Swanowie jak niektóre ludy kaukaskie mają wciąż miły zwyczaj porywania dziewcząt do zamążpójścia, w wersji współczesnej fakt porwania coraz częściej jest uzgadniany, natomiast czas i miejsce bywają dla przyszłej żony zaskoczeniem. 'No bo tym dziewczynom to głupoty teraz w głowie, uczyć się chcą, pracować...' - mówi Wasza, a ja taktownie milczę... 

Zachwycamy się krajobrazem, dwa dni później spotykamy w Wardzi dwóch chłopaków z Polski przemierzających Gruzję rowerami -  dziwią się trochę, gdy zagadujemy po polsku, bo chwilę wcześniej rozmawialiśmy po francusku. Śmiejemy się, że Y. jest jedynym rancuzem w tej części Gruzji, w dodatku przyciągniętym tu przez dwie Polki. Okazuje się, że to, co dla nas było najlepszym elementem wyprawy, dla nich było koszmarem - na 12 km drogi do Dawid Garedża złapali gumę jakieś 17 razy i z braku łatek radzili sobie odkrawając kawałki podeszwy - rodak jednak potrafi.


   












Wardzia - skalne miasto w kanionie rzeki Mtkwari - system korytarzy i komnat, odsłonięty przez trzęsienie ziemi i osunięcie się ściany w XIII w., wcześniej mieścił nawet 60 tysięcy mieszkańców i był w całości ukryty w skale - robi imponujące wrażenie. Przewodnik z 2008 straszył, że droga dojazdowa jest jedną z najgorszych w Gruzji, okazała się być odremontowana, w niektórych miejscach roboty wciąż trwają, ale nasz szofer radził sobie świetnie.















Sapara - twierdza, cerkiew i wieża zegarowa. Tu droga choć nie mniej malownicza, jednak w kiepskim stanie. Wleczemy się 20 km/h. W drodze do Wardzi i Sapary spotykamy m.in. osły czekające na przystanku autobusowym. 


Za chwilę robi się jeszcze zabawniej, bo zniecierpliwione bezskutecznym oczekiwaniem osły ruszają drogą w sobie tylko wiadomym kierunku, a ich przewodnikiem zostaje ruda krowa. Umierając ze śmiechu na poboczu, nie zdołałam sfotografować scenki. Odważnie za to wchodzę na wiszący most, nieco tylko żałując, kiedy już robię kilka zdjęć i muszę wrócić uświadamiając sobie, na co wlazłam, ale most stabilny i w dobrym stanie.



  


Batumi - po sielskim i wiejskim Achalcyche, robi na nas jak najgorsze wrażenie. Zaraz po tym, jak wysiadamy w marszrutki opada nas gromada taksówkarzy. Po kilkugodzinnej podróży tłok wokół nas jest nie do zniesienia, zmykamy do jakiejś knajpy, jemy i dopiero bez plecaków ruszamy negocjować. Taksówkarz, który godzi się nas wozić i załatwić kwaterę jest upiorny. Kręci na temat odległości, ceny, zatrzymuje się na środku skrzyżowania, gasi auto i przez telefon ustala kwaterę nie bacząc na tamowanie ruchu, ocierające się o nas auta i rozbrzmiewające klaksony. Dodatkowo nieuprzejma pani w informacji kolejowej (normalnie poczułam się jak w kraju, więc po prostu zmieniłam okienko). Ostatecznie rozstajemy się niezbyt uprzejmie z szoferem. Pogoda strasznie ciężka, duszno i wilgotno, kiedy wychodzimy wieczorem łapie nas ulewa. Batumi to zaniedbany nadmorski kurort  -  brak organizacji, ruch bez ładu i składu, brak świateł dla pieszych, remonty i roboty drogowe. Rzeczy, które wcześniej zupełnie nam nie przeszkadzały, tutaj strasznie drażnią. Wszystko przez ten tłum - wymalowane panny i lansujący się panowie, Gruzini parkujący autami tuż przy plaży, głośna muzyka, młody taksówkarz, który gubi drogę odwożąc nas w deszczu do kwatery, niewygodne łóżka. Po raz pierwszy w Gruzji spotykam ludzi spiętych, mało pogodnych lub pozornie tylko wyluzowanych. Po górach, stepach i bezdrożach, Batumi dopada nas z całą wrogością dużego miasta.
Sztuka przechodzenia przez jezdnię w Batumi jest podwójnie trudna - dopiero na trzeci dzień łapiemy właściwy rytm wymuszania na samochodach ustąpienia pieszemu. Samochodów mnóstwo, więc jest głośno, a spaliny utrudniają oddychanie. Paradoksalnie w Batumi robię chyba najlepsze zdjęcia z całej wyprawy, przy czym uczciwie przyznaję, że zdjęcia robię zdecydowanie amatorsko, więc dobre światło i moment dnia często robią je za mnie.











Wieczorem drugiego dnia spotykamy się z Levanem - młody chłopak złapany na internecie mówi po francusku. W jego klimatycznej knajpce Y. wreszcie może się po męsku podzielić wrażeniami z podróży. Odnowiona część Batumi jest znacznie przyjemniejsza - pomysłowa fontanna (trochę jak w łódzkiej Manufakturze), spacerujący ludzie, sprzedawcy obrazów. Rozmawiamy o tureckich inwestycjach w Batumi i o strachu Gruzinów przed własną inicjatywą - panuje przekonanie, że biznesem rządzi mafia, a obcokrajowcy mają o wiele korzystniejsze warunki do prowadzenia interesów - na ile słuszne, ani my, ani Levan nie potrafimy ocenić. Śmiejemy się z tego, jaki ten świat mały - reportaż o podróżujących Francuzach, który A. i Y. oglądali przed wyjazdem, kręcili znajomi Levana z Francji, a sami bohaterowie u niego nocowali. Świat wydaje się zmniejszać, za każdym razem, kiedy podróżujesz.
 





  

  

Sarpi - urokliwa, niewielka plaża przy tureckiej granicy (dosłownie - przejście graniczne dzieli plażę na część gruzińską i turecką).  Z Batumi uciekamy tam autobusem (koszt ok. 1 lari w jedną stronę, płatne przy wysiadaniu, skąd odjeżdża autobus można dowiedzieć się w IT). Wypoczywamy kilka godzin na leżakach, kąpiemy się w ciepłym morzu - jak dla mnie kilka godzin plażowania starczy na kolejny rok, nie lubię plażować, polskie miejscowości nadmorskie w sezonie traktuję jako sport ekstremalny.










I tyle, wsiadamy jeszcze w pociąg, potem lotnisko, dwa samoloty, bus i już w domu. Wracając  do mieszkania w Łodzi rozmawiam z taksówkarzem krótkimi zdaniami, żeby po rosyjsku nie zacząć wypytywać go o rodzinę i o to, jak mu się żyje w Gruzji. Żałuję Gruzińskiej Drogi Wojennej, żałuję trochę Muzeum Stalina w Gori, żałuję bani w Tbilisi, pewnie następnym razem,  jeśli dane mi będzie być w pobliżu, zahaczę o Armenię i Azerbejdżan.  Jest jeszcze tyle miejsc do odwiedzenia...
 

1 komentarz:

  1. Pomysł pojechania do Gruzji wpadł mi do głowy zaledwie wczoraj, ale już się tak zapaliłam, że chyba wcześniej czy później tam wyląduję... A blog taki jak Twój tylko jeszcze do tego zachęca! :)

    OdpowiedzUsuń